Próby literackie

„Zimowa noc, czyli o ciastkach i herbacie”

Siedziałem, tamtej nocy w pokoju co domem nazywałem, patrząc jednocześnie przez okno. Siedziałem przy małym stoliku, z opakowaniem moich ulubionych ciastek i kubkiem ciepłej herbaty. A za oknem skośnie śnieg obficie padał, spadając na ziemię, układając się w puchaty koc. Ja jednak nie patrzyłem na tańce, jakie płatki śniegu wyprawiały w drodze na ziemię, lecz na małego, skromnie ubranego chłopca. „Na jego miejscu nie ubierałbym się w taką pogodę tak skąpo, ale może mu zimno nie jest. A może też po prostu lubi uczucie płatków śniegu na jego skórze.” I kroczył tak przez polany śniegiem usiane, tuląc sam siebie. Widać, że samotny był.

Chciałem przez chwilę, wyjść do niego, przedstawić się grzecznie i jeśli nigdzie by się nie spieszył, opowiedzieć mu o sobie. Pewnie by ucieszył się z tego gestu, jednak nie tak jak on, ja nie lubię zimna, więc też pozostałem na miejscu. I spoglądałem dalej na niego, jak szedł coraz bliżej mego okna.

Łyka herbaty wziąłem myśląc o zimnie za oknem. A była to naprawdę dobra herbata, niby tylko czarna, ale z plasterkiem cytryny oraz łyżeczką miodu lipowego. Takie mrozy zawsze wzbudzają we mnie ochotę na taki napar.

Chłopiec też zadrżał, jakby myśląc o chłodzie, jaki go otaczał. A był na tyle blisko, by zobaczyć mnie za oknem na parterze. Uśmiechnąłem się uprzejmie, jednocześnie biorąc nowe ciastko do ust. Byłem zbyt leniw,y by wyłożyć ciastka na osobny talerzyk, więc jadłem je prosto z opakowania. Chłopiec złapał się wtedy mocniej za brzuch, myśląc zapewne o ciastku, które właśnie spożywałem. Jak mi się wtedy miło zrobiło, przedtem nie spotkałem nikogo, kto także uwielbiał te ciastka tak mocno jak ja. Były to markizy – dwa okrągłe herbatniki, połączone kremem czekoladowym. Podzieliłbym się z nim tą przyjemnością, ale niestety oznaczałoby to mniej ciastek dla mnie, więc no niestety musiałem sobie odmówić tej propozycji.

Spoglądał na mnie, oczekując czegoś, chyląc się jednocześnie coraz mocniej ku ziemi. „Wygląda jakby błagał mnie o coś, ale o co? Przecież nie wyjdę oddać mu swojego jedynego płaszcza, jutro też zapowiada się, że ma być zimno, a do pracy muszę jakoś dojść. Może chciałby napić się mojej herbaty?

No ale przygotowanie takiej herbaty trwa całe pięć minut i będzie to pięć minut, których nigdy nie odzyskam, więc na pewno mu jej nie dam.

Może przy moim stole chce zasiąść? Ale przecież ja tylko jedno krzesło posiadam! Na czym bym miał siedzieć? Chyba, że za jego plecami miałbym stać jak jakiś strach na wróble, patrząc jak ciastka mi wyjada, herbatę spija i przez okno spogląda, podziwiając piękną zimową noc? O nie, ja na coś takiego się nie zgodzę, przecież to ja jestem panem tego pokoju. A jego błagania są dla mnie, jedynie cichym podmuchem wiatru.

Wstałem wtedy radio włączyć, by wiatr szalejący na dworze zagłuszyć. A gdy już wróciłem na miejsce, po chwili tańca do grającej muzyki, chłopiec leżał w śniegu z zamkniętymi oczami, oddychając coraz wolniej. Był najprawdopodobniej bardzo zmęczony, że tak na śniegu się położył, nie dziwiłem mu się wcale, bo było już długo po dwudziestej i jak na takiego małego chłopca było już dużo za późno

. A śnieg wyglądał tak mocno, jak puchaty koc, że aż sam stałem się śpiący. Więc jak już czułem się śpiący, to nie przedłużałem dłużej mojej biesiady i poszedłem spać. Zasypiając jedynie zazdrościłem chłopcu, bo on pod tak puchatym kocem sypia, ja zaś jedynie miałem tylko cienką kołdrę.

Wychodząc rano do pracy, z płaszczem w dłoni, zobaczyłem martwe ciało chłopca z wczoraj. Powiedziałem wtedy do niego:

– Ty głupi dzieciaku, przecież tuż przy moim oknie stoją drzwi do mojego domu otwarte. Może nie na oścież, ale na klucz nie są zamknięte. Gdybyś tylko wszedł do środka, przywitał się uprzejmie i wyjawił swoje imię, to ugościłbym cię jak króla. Posadziłbym cię przy stole, podał kolację a’la szwedzki stół i jedząc różne smakołyki byś mi opowiadał o swych podróżach przez zaśnieżone krainy. Zafascynowany bym słuchał twych historii, śmiejąc się, gdy mówiłbyś coś zabawnego, a płakałbym też, gdy o swych tragediach byś opowiadał. Lecz ty wolałeś na dworze, na mrozie zostać i patrząc przez szybę zazdrościć wszystkiego co posiadam. Bardzo chciałeś tych słodkich markizów, tej ciepłej herbaty, przydużego płaszcza i miejsca do spania. A mogłeś to wszystko mieć. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę po pomoc, a ja bym ci pomocną dłoń bym podał. I bym cię markizami karmił, herbatą poił, a i płaszcz mój pozwoliłbym ci przymierzyć. A gdy już byśmy byli zmęczeni to byś spał na moim łóżku pod cienką kołdrą, gdy ja bym spał na chłodnej podłodze. Po co przeklinałeś to co ja posiadam, jednocześnie pragnąc tego samego. Jesteś prawdziwym głupcem, że do ciepła nie wszedłeś, jesteś prawdziwym tchórzem, że ręki nie wyciągnąłeś, jesteś prawdziwym egoistą, że wszystkiego co mam mi zazdrościsz. Głupi dzieciaku i po co ty umierałeś? Dlaczego ty tu leżysz martwy? – mówiąc to poszedłem dalej.

Nie odmówiłem zdrowaśki, bo modli się nad grobami, a nie nad zwłokami.

Autor: Bezimienna Kaczka

Podobne wpisy